Ale moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa.
Byłam więźniem samej siebie.
Do pokoju weszła pielęgniarka. Mówiła cicho o kroplówkach, ciśnieniu krwi, urazie głowy i „cudzie”, że przeżyłam wypadek.
Powiedziała, że mój SUV zjechał z drogi w pobliżu przełęczy Col de la Forclaz, nad jeziorem Annecy.
Odkąd przyjechałam do szpitala, wszyscy powtarzali to samo zdanie:
„Biedna Elise… straciła panowanie nad pojazdem na zakręcie”.
Ale ja nie pamiętałam, kiedy straciłam panowanie nad samochodem.
Ostatnim obrazem, jaki mi się przypomniał, był mój mąż, Adrien, siedzący przy stole w naszej kuchni, w naszym domu w szóstej dzielnicy Lyonu.
Pchnął w moją stronę stos dokumentów ze swoim spokojnym, wręcz zbyt spokojnym uśmiechem.
„Podpisz, Elise. To tylko po to, żeby chronić nasz dobytek”. Z podatkami, korporacjami, rachunkami… nic z tego nie rozumiesz.
Odmówiłam.
Tego samego wieczoru…
Zawiodły mi hamulce.
Drzwi sypialni znów się otworzyły.
Hugo puścił moją dłoń, jakby poraził go prąd.
„Jeszcze tu jesteś?” zapytał chłodno Adrien. „Już tłumaczyłem, że twoja mama cię nie słyszy”.
„Chciałem ją tylko zobaczyć”.
„Idź, usiądź z ciocią Camille”.
Camille.