Że on też cierpi.
Ale nikt już nie patrzył na niego tak samo.
Ani sędzia.
Ani jego prawnik.
Ani jego własna córka.
Kiedy wyszliśmy z sądu, paryskie niebo było szare, niskie, niemal metaliczne. Na chodnik padał lekki deszcz. Przejeżdżały samochody, zostawiając rozmazane odbicia na asfalcie.
Sophie niosła moją torbę w jednej ręce, a fioletową torbę Léi w drugiej.
Szedłem powoli.
Ciało wciąż mnie bolało.
Ale po raz pierwszy od operacji nie czułam się już pokonana.
Léa trzymała mnie za rękę.
„Jesteś na mnie zła, bo ci nic nie powiedziałam?” zapytała.
Zatrzymałam się przy schodach sądu.
Z trudem schylam się, żeby być na jej poziomie.
„Zła? Córko, byłaś odważniejsza niż wielu dorosłych w tej sali”.
Spuściła wzrok.
„Nie chciałam, żeby cię ode mnie zabrał”.
Moje serce pękło i zagoiło się w tej samej chwili.
„Nikt mnie od ciebie nie odbierze. Nigdy”.
Sophie odwiozła nas z powrotem do Montreuil.