Słowa: „W końcu się przydałaś”.
Czasami blizna była napięta.
Czasami to coś innego mnie ciągnęło.
Gdzieś pod żebrami.
W miejscu, którego żaden lekarz nie mógł zszyć.
Ale Léa zawsze znajdowała sposób, żeby mnie przywrócić do życia.
W pewną środę po południu smażyłyśmy naleśniki w małej kuchni Sophie. Ciasto wylało się na blat, Léa miała cukier po brodę, a Sophie chichotała, bo zużyłyśmy wszystkie jej patelnie.
Léa nagle na mnie spojrzała.
„Mamo, dzisiaj naprawdę się śmiałaś”.
Uśmiechnęłam się.
„Naprawdę?”
„Tak. Minęło dużo czasu”.
W tym momencie zrozumiałam, że uzdrowienie nie przychodzi jak wielki cud.
Przychodzi powoli.
Drobnymi krokami.
Zapach ciepłego masła.
Filiżanka herbaty.