Kobietą swojego życia.
Ale gdy tylko zaczął dochodzić do siebie, zdecydował, że już mnie nie potrzebuje.
I to nie było najgorsze.
Chciał mieć wyłączną opiekę nad naszą córką, Léą.
„Potrzeba ci miesięcy, żeby dojść do siebie” – powiedział chłodno, jakby czytał z oficjalnego dokumentu. „Nie będziesz w stanie się nią opiekować”.
„Właśnie uratowałem ci życie!” – krzyknęłam łamiącym się głosem.
Julien po prostu wzruszył ramionami.
„I dziękuję ci za to. Ale wdzięczność to nie miłość”.
W tamtej chwili ból blizny wydawał się niemal słodki w porównaniu z dziurą, która właśnie otworzyła się w mojej piersi.
Bałam się o siebie, tak.
Ale najbardziej bałam się o Léę.
Kiedy wróciłam do naszego mieszkania w Boulogne-Billancourt, wchodzenie po schodach wydawało się nie mieć końca. Każdy krok sprawiał, że bolały mnie szwy. Żołądek palił. Nogi drżały. Nawet głębokie oddychanie sprawiało ból.
Léa nie odstępowała mnie na krok.
Miała dziesięć lat, brązowe włosy, zawsze spięte w kok, i to przesadnie uważne spojrzenie dzieci, które za wcześnie zrozumiały, że dorośli kłamią.
„Boli, mamo?” zapytała, trzymając mnie ostrożnie za rękę, jakbym była ze szkła.
Zmusiłam się do uśmiechu.
„Trochę, kochanie. Ale mama jest silna”.
Po drugiej stronie salonu Julien nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.
Tydzień później otworzyłam aplikację naszego banku.
I krew mi zmroziła krew w żyłach.