Ten dom, na który pracowałem dwadzieścia lat, z płonącą w nim furią.
Ten dom, o którym myślałem, że zbudowałem sam.
On również był podtrzymywany przez ten stary, cichy dom z tylnego pokoju.
Nagranie trwało.
„Nie zrobiłem tego, żebyś mnie kochał. Kupiona miłość szybko gnije. Zrobiłem to, bo moje wnuki biegały po tym ogrodzie. Bo Elise lepiej spała w noce, kiedy nie krzyczałeś o pieniądzach. Bo, pomimo twoich ostrych słów, nigdy mnie nie wyrzuciłeś”.
To bolało.
Bo nawet na pożegnanie powiedział mi prawdę, nie upokarzając mnie.
„Nie chowam urazy do moich pozostałych dzieci. Ale nie dam im tego, czego nigdy nie umiały bronić. Jeśli chcą walczyć”, „Niech walczą”. Jestem zmęczony.
Obraz zamigotał.
Potem monsieur Armand spojrzał prosto w kamerę.
„Jean, w płóciennej sakiewce, to moja prawdziwa zapłata”.
Maître Caron podał mi małą sakiewkę.
Ważyła prawie nic.
W środku było kilka starych monet, medalion świętej Teresy, zardzewiały klucz i złożona kartka papieru.
Otworzyłem ją.
To była lista.
Nie lista pieniędzy.
Lista dni.
„Jean zawiózł mnie do lekarza, kiedy miałem gorączkę”.
„Jean naprawił mi radio”.
„Jean kupił mi brioszkę, mówiąc, że jest dla wszystkich”.
„Jean mnie nie wyrzucił, kiedy Philippe przestał przychodzić”.
„Jean sprzedał swoją furgonetkę, żebym stracił wzrok”.
„Jean narzekał, ale został”.
Osłupiałem.