Wziąłem głęboki oddech.
I kontynuowałem.
„Przez dwadzieścia lat jadłem przy twoim stole. Słyszałem twoje westchnienia, kiedy myślałeś, że cię nie słyszę. Słyszałem, jak liczysz monety, żeby zapłacić rachunek za gaz. Słyszałem, jak mówisz, że Lucas i Camille potrzebują przestrzeni. Słyszałem, jak się irytujesz, bo wciąż tam byłem”.
Zaczęła mnie piec twarz.
Bo to była prawda.
Pan Armand słyszał wszystko.
Nawet to, co powiedziałem tylko w połowie.
Nawet to, co myślałem w ciemności.
„Nie winię cię. Zmęczony człowiek może pomylić strach z gniewem. Ja też popełniłem ten błąd w młodości. Dlatego proszę cię o wybaczenie. Nie za to, że zjadłem twoją zupę. Ale za to, że nie powiedziałem ci wcześniej, że każdy posiłek, który mi dałeś, odkładałem dla ciebie”.
Spojrzałem na notariusza.
„Co to znaczy?”
Maître Caron otworzył niebieski notatnik.
To nie był zwykły notatnik.
Były na nim przyklejone daty, kwoty, nazwiska i rachunki.
Na każdej stronie widniał drżący charakter pisma monsieur Armanda.
„Olej opałowy – styczeń”.
„Buty Lucasa”.
„Rejestracja Camille”.
„Operacja zaćmy – moralny dług wobec Jeana”.
„Dach wymaga naprawy”.
„Hipoteka – monitoring”.
Rozpoznałem te lata.
Rozpoznałem te trudne miesiące.