Tam, przed moimi dziećmi, żoną, szwagrami, bratowymi i notariuszem, którego ledwo znałem, płakałem jak nigdy na pogrzebie.
Bo monsieur Armand policzył moje wady.
Ale policzył też moje drobne akty dobroci.
A ja, ja liczyłem tylko jego talerze.
Philippe podszedł do akt.
„No cóż, panie. O jakiej kwocie dokładnie mówimy?”
Notariusz zamknął dokumenty w dłoni.
„Nie jest pan beneficjentem”.
„Jestem najstarszym synem”.
„Jest pan również w aktach sprawy o prewencję za usiłowanie wykorzystania osoby bezbronnej i bezprawne wywieranie wpływu na majątek”.
Philippe zamarł.
„W
Co?
Maître Caron sporządził kopie wiadomości, listów i datowanych notatek.
„Pan Armand udokumentował wizyty, podczas których próbowałeś nakłonić go do podpisania aktów przeniesienia własności. Zachował też wiadomości, w których wspominałeś o możliwości uznania go za ubezwłasnowolnionego”.
Élise zbladła.
„Tata nigdy mi tego nie powiedział?”
„Bo nie chciał jeszcze bardziej rozbijać rodziny” – odpowiedział notariusz. „Ale zostawił dowody”.
Philippe spojrzał na mnie z nienawiścią.
„To ty to ustawiłeś”.
Otarłem twarz.
„Żałuję, że nie zająłem się tym staruszkiem, mając połowę jego inteligencji, żeby się nami opiekować”.
Philippe przewrócił krzesło.
Camille podskoczyła.
Maître Caron z chłodnym spokojem wyjął telefon.
Philippe wyszedł, przeklinając, a za nim Nadine i Corinne.
Na progu krzyknął, że nas pozwie, że dom w Beaune też należy do niego, że staruszek oszalał.
Élise zamknęła drzwi.
I w domu zapadła cisza.