Rozpoznałem nawet własną złość, przekutą w zapisy księgowe.
Notariusz przedstawił wyciąg z banku.
„Pan Armand otworzył dwie polisy na życie dziewiętnaście lat temu na nazwiska swoich wnuków, Lucasa i Camille Moreau”.
Mój syn Lucas, już dorosły, stał nieruchomo przy oknie.
Moja córka Camille zakryła usta dłonią.
„Jakie polisy?” zapytała Elise.
„Polisy na ich edukację i przyszłość. Wpłacał na nie tyle, ile mógł, co miesiąc. Czasami trochę. Czasami więcej”.
Philippe wybuchnął śmiechem.
„Więcej? Tato? Nie starczyło mu nawet na skarpetki”.
Notariusz spojrzał na niego bez mrugnięcia okiem.
„Nie miał nowych skarpetek, bo postanowił ich nie kupować”.
Wyjął kolejną kartkę papieru.
„Piętnaście lat temu pan Armand sprzedał małą rodzinną działkę niedaleko Meursault. Nie wydał pieniędzy. Zainwestował je. Dziewięć lat temu otrzymał odszkodowanie za starą działkę na obrzeżach Beaune, którą kupił pod projekt deweloperski. Tych pieniędzy też nie wydał”.
Philippe gwałtownie wstał.
„Jaka ziemia? Należała do całej rodziny!”
„Nie” – odparł Maître Caron. „Te nieruchomości prawnie należały do twojego ojca. Kilkakrotnie próbowałeś nakłonić go do podpisania aktów przeniesienia własności. Zawsze odmawiał”.
Elise drżała.
„Tata nigdy mi nic nie powiedział”.
„Bo nie chciał, żeby go ścigano o pieniądze” – powiedział notariusz. „Chciał wiedzieć, kto zostanie z nim, nie oczekując niczego w zamian”.
Te słowa przeszyły mnie jak nóż.
Nie oczekując niczego.
Ja natomiast czekałem na jego śmierć.
Nie codziennie.