„Pan Armand zlecił kilka badań lekarskich i notarialnych w ciągu ostatnich trzech lat. Wszystko jest w porządku. Zostawił też nagrania”.
Zamarłem.
„Nagrania?”
Notariusz położył na stole pendrive.
„Poprosił, żeby dzisiaj pokazać tylko jedno”.
Podłączył go do naszego telewizora.
Pojawił się obraz pana Armanda.
Siedział w naszym ogrodzie, na krześle, na którym znaleźliśmy go martwego.
Jego szary kapelusz spoczywał na kolanach.
Za nim pnący krzew róży był prawie suchy, bo zawsze zapominałem go podlewać.
Jego głos był słaby.
Ale wyraźny.
„Jean, jeśli to widzisz, to znaczy, że mnie już nie ma. Nie chcę, żebyś schylała głowy przed moimi dziećmi. Nie okradłaś mnie. Znosiłaś mnie. A znoszenie kogoś to czasami smutna forma miłości, kiedy jest się zbyt zmęczonym”. żeby się poprawić.
Zakryłam usta dłonią.
Pan Armand odetchnął powoli.
„Wiedziałam, że nazwałaś mnie ciężarem. Nie winię cię. Ja też czasami tak się czułem. Ale chcę, żebyś wiedziała jedno. Nie sama zapłaciłaś za moją operację oka. Sprzedałam zegarek ślubny, który dała mi twoja teściowa, i wpłaciłam połowę pieniędzy na twoje konto, żebyś go nie widziała. Zapłaciłam za dach, którego później nie mogłaś naprawić, z moich inwestycji. Edukacja Lucasa jest pokryta. Camille też. A dom, w którym mieszkasz… jest wolny od kredytu hipotecznego”.
Elise szlochała.
Spojrzałam na notariusza.
„Kredyt hipoteczny?”
„Spłaciłem sześć miesięcy temu” – powiedział Maître Caron. „Pan Armand spłacił wcześniej raty na podstawie umowy bankowej. Nie chciał…” Nie żebyś wiedział to do końca.
Usiadłem, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
Dom.