Ale pewnego popołudnia pojawił się chłopiec w wieku około dwunastu lat.
Niósł torbę, która była na niego za duża, miał znoszone trampki i spuszczone oczy.
„Mój dziadek Philippe mówił, że tutaj rozdajemy jedzenie za darmo”.
Élise spojrzała na mnie.
Wzięłam głęboki oddech.
„Tutaj nie rozdajemy za darmo” – powiedziałam. „Tu się dzielimy”.
Podałam mu talerz.
Bo jedną rzecz, której pan Armand nauczył mnie za późno, to to, że nędza dorosłych nigdy nie powinna być dziedzictwem dzieci.
Minął rok.
Wspólny stół „Chez Armand” był otwarty również w soboty.
Emerytowany nauczyciel przyszedł pomóc młodzieży w matematyce.
Wdowa przyniosła domowe dżemy.
Emerytowany cieśla pokazał uczniom, jak trzymać hebel.
Pewna kobieta z Dijon opowiedziała o swoich wspomnieniach z winobrania: ciężkie kosze, dłonie ubrudzone winogronami, posiłki pod szopami, ten prosty i wytrzymały burgund, gdzie ciężko się pracuje, zanim można mówić o szczęściu.
Więcej słuchałam niż mówiłam.
Tego też nauczyłam się od staruszka.
Pewnego listopada przygotowaliśmy dla niego tablicę pamiątkową.
Elise położyła jego zdjęcie z szarą czapką.
Lucas postawił swoje stare radio.
Camille postawiła filiżankę kawy.
Postawiłam miskę zupy, kawałek chleba i kromkę brioszki.
Długo stałam przed jego zdjęciem.
„Przepraszam, panie Armand” – mruknęłam. „Przepraszam, że liczyłam, ile jesteś wart, a nigdy nie liczyłam, ile jesteś wart”.
Elise wzięła mnie za rękę.
„Myślę, że on już wiedział”.
„Że go kochałam?”