Przez dwadzieścia lat pracowałem jako mechanik w warsztacie samochodowym niedaleko Chalon-sur-Saône w Burgundii.
Wracałem do domu wyczerpany, z rękami czarnymi od smaru, z piekącymi plecami i często zastawałem monsieur Armanda siedzącego na moim miejscu przy kaloryferze, słuchającego France Bleu z miską kawy i kawałkiem brioszki.
Moja żona, Élise, zawsze go broniła.
„To mój ojciec, Jean. Nie ma już nikogo”.
„Ma nas” – odpowiedziałem. „Ale my też nie mamy wiele”.
Płakała.
Milczałem.
A pan Armand udawał, że nie słyszy.
Tak mijały lata.
Urodziny.
Boże Narodzenie.
Choroby.
Długi.
Moje dzieci dorastały w jednym pokoju, bo dziadek zajmował jedyny wolny.
Sprzedałem starego pickupa, żeby zapłacić za operację zaćmy.
Odkładałem naprawę dachu, bo najpierw musiałem kupić mu leki.
A za każdym razem, gdy traciłem panowanie nad sobą, on po prostu spuszczał głowę i mamrotał:
„Przepraszam, synu. Wkrótce nie będę już przeszkadzał”.
To zdanie mnie rozzłościło.
Bo brzmiało jak skarga.
I pewnego dnia się spełniło.
Znaleźliśmy go pewnego ranka, siedzącego na ogrodowym krześle, z czapką na kolanach, z włączonym radiem obok.
Wyglądał, jakby spał.
Elise krzyknęła.
Pobiegłem.
Ale pan Armand już wyszedł.
Pogrzeb był skromny.
Kilka kwiatów.
Dużo ciszy.
Pozostałe dzieci spóźniły się, głośno płakały, a potem wyszły wcześniej.
Jego najstarszy syn, Philippe, poklepał mnie po ramieniu.
„Przynajmniej teraz ma spokój”.