Nie cisza nieobecności.
Kolejna cisza.
Cisza przepełniona wstydem.
Tego wieczoru nikt nie jadł kolacji.
Poszedłem do pokoju na zapleczu.
Przez dwadzieścia lat postrzegałem go jako zamieszkany pokój.
Nigdy nie postrzegałem go jako męskiego świata.
Stało tam wąskie łóżko.
Komoda.
Obraz Matki Boskiej wiszący przy oknie.
Stare radio.
Pudełko po butach wypełnione wycinkami z gazet.
Na ścianie nakleił zdjęcia Lucasa i Camille, od przedszkola do uniwersytetu.
Zdjęcia, o których nawet nie wiedziałem, że je wydrukował.
W szufladzie znalazłam koperty z monetami, każda napisana drobnym pismem.
„Na tort na Trzech Króli”.
„Na kwiaty na Wszystkich Świętych”.
„Na gofry na targu z dziećmi”.
Przypomniałam sobie niedzielę, kiedy pan Armand nalegał, żeby zabrać Lucasa i Camille na targ w Beaune.
Narzekałam, bo „nie mieliśmy pieniędzy na wycieczki”.
Wrócił z waflami cukrowymi zawiniętymi w papier, jabłkami i małym kawałkiem sera Comté.
Powiedział, że sprzedawca dał mu kredyt.
Teraz zrozumiałam, że nie.
Elise weszła za mną.
„Ja też nie, nie wiedziałam wszystkiego”.
Usiadłam na brzegu łóżka.