Nie odpowiedziałem.
Ponieważ jakaś wstydliwa część mnie pomyślała to samo.
Tego wieczoru, po raz pierwszy od dwudziestu lat, krzesło ogrodowe pozostało puste.
I nie czułem spokoju.
Byłem zawstydzony.
Trzy dni później ktoś zapukał do drzwi.
To był mężczyzna w ciemnym garniturze, niosący skórzaną teczkę i mówiący spokojnym głosem.
„Pan Jean Moreau?”
„To ja”.
„Przyszedłem w imieniu pana Armanda Lefèvre”.
Élise pojawiła się za mną, blada jak ściana.
„Mój ojciec?”
Mężczyzna skinął głową.
„Maître Caron, notariusz w Beaune. Twój ojciec zostawił mi bardzo szczegółowe instrukcje. I list, który miał zostać dostarczony dopiero po jego pogrzebie”.
Philippe przybył godzinę później z siostrami, Nadine i Corinne, ubranymi w drogie wody kolońskie, nienaganne płaszcze, a ich oczy już wyrażały niecierpliwość.
„List?” – zadrwił Philippe. „Co mógł po sobie zostawić ten starzec? Przez dwadzieścia lat żył z mojej siostry”.
Notariusz się nie uśmiechnął.
Położył serwetkę na stole.
Potem tekturową teczkę.
Potem małą płócienną portmonetkę.
Potem pożółkłą kopertę, na której drżącym pismem napisane było moje imię.
Jean.
Nie „mojej córce”.
Nie „moim dzieciom”.
Moje imię.
Philippe zacisnął usta.
„Musi być jakaś pomyłka”.
Notariusz otworzył pierwszą kartkę papieru.