Kiedy spoliczkowałam kochankę mojego męża, uderzył mnie tak mocno, że złamały mi się trzy żebra.
Potem zaciągnął mnie do piwnicy naszego domu i zamknął tam w ciemności, każąc mi milczeć i „myśleć”.
Zadzwoniłam więc do ojca.
Wpływowego, szanowanego człowieka, z koneksjami w całym Paryżu, Lyonie, Bordeaux, nawet w najbardziej tajnych biurach Republiki.
I ledwo słyszalnym głosem powiedziałam mu:
„Tato… nie pozwól, żeby ktokolwiek w tej rodzinie uszło mu to na sucho”.
Nazywam się Camille Morel.
Tego dnia byłam w Paryżu na ważnej konferencji projektowej w Palais de Tokyo. Miałam wygłosić przemówienie przed architektami, dziennikarzami, inwestorami i kilkoma znanymi osobistościami francuskiego luksusu.
Mój mąż, Antoine Delmas, i ja razem zbudowaliśmy nasze studio.
Na początku nie mieliśmy prawie nic.
Małe wynajęte biuro w 11. dzielnicy.
Dwa używane komputery.
Całe noce spędzone na rysowaniu, edytowaniu, dzwonieniu do klientów, przerabianiu prezentacji do trzeciej nad ranem.
Byłem kreatywny.
On zajmował się liczbami, umowami, spotkaniami.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Z biegiem lat cofnąłem się, żeby pozwolić mu być w centrum uwagi.
Mniej podpisywałem.
Mniej mówiłem.