A potem usłyszałam śmiech.
Kobiecy śmiech.
Cichy.
Znajomy.
Przeraźliwie znajomy.
„A co, gdyby twoja żona wróciła wcześniej?” zapytała.
Zamarłam na środku schodów.
Znałam ten głos.
Léa.
Léa Laurent.
Moja najlepsza przyjaciółka od czasów szkoły artystycznej.
Ta, która płakała na moim ślubie.
Ta, która nazywała mnie „siostrą”.
Ta, która przychodziła do nas na kolację dwa razy w miesiącu.
Ta, której zwierzałam się z moich obaw, planów, wątpliwości, milczenia.
„Nie martw się” – odpowiedział Antoine.
Jej głos był zdyszany. Jest w Paryżu. Wróci dopiero jutro.
Léa się roześmiała.
„A nawet gdyby wróciła… co by zrobiła? Jest po prostu szczęśliwą projektantką”.
Coś we mnie pękło.
Nie tylko serce.
Coś głębszego.
Moja naiwność.
Moja lojalność.