Słodki.
Drogie.
Ale to nie było moje.
Stałam nieruchomo w przedpokoju.
Zimny marmur pod moimi stopami nagle wydał mi się zimniejszy niż wcześniej.
Wtedy zobaczyłam pierwszą rzecz.
Parę czarnych pończoch porzuconych niedaleko salonu.
Potem but na wysokim obcasie.
Potem czerwony koronkowy stanik, zawieszony na poręczy schodów niczym prowokacja.
Moje serce zwolniło.
Jedno uderzenie.
Potem drugie.
Bezszelestnie postawiłam butelkę szampana na konsoli.
— Antoine…?
Mój głos był ledwie szeptem.
A potem to usłyszałam.
Jęk.
Z naszej sypialni.
Zdjęłam buty.
Nie wiem dlaczego.
Może dlatego, że część mnie wciąż szukała wyjaśnienia.
Pomyłka.
Ustawienie.
Absurdalne nieporozumienie.
Ale im wyżej się wspinałam, tym wyraźniejsze stawały się dźwięki.