„To nie ma sensu” – powiedziała, ale jej głos stracił tę ostrą pewność, którą niósł jeszcze kilka minut wcześniej. „Zachowujesz się, jakbym zrobiła coś pod twoim światem. To twój świat. Tak właśnie ludzie przeżywają w otoczeniu takich mężczyzn jak ty”.
Stałeś z boku jadalni, z poparzoną ręką przyciśniętą do piersi, wciąż nie mogąc pojąć, dlaczego mężczyzna u szczytu stołu zatrzymał dla ciebie wszystko. W tym domu ludzie tacy jak ty mieli zniknąć po bólu. Mieli przeprosić za krwawienie, za płacz, za to, że przeszkadzają.
Ale Dante Marcellus położył pierścionek zaręczynowy na stole.
I jakoś teraz pokój wydawał się bardziej niebezpieczny niż wtedy, gdy gorąca herbata uderzała w twoją skórę.
Jego narzeczona, Vivienne Cross, patrzyła na niego z niedowierzaniem, które powoli przeradzało się w upokorzenie. Weszła do tego domu trzy miesiące temu, jakby już posiadała jego mury, jego służbę, jego sekrety i mężczyznę, którego imię mogłoby uciszyć połowę Chicago. Była piękna, owszem, ale piękno w tym pokoju zawsze traktowano jak kolejną broń.
Dante spojrzał na nią bez ciepła.
„Myślałaś, że okrucieństwo zrobi na mnie wrażenie” – powiedział. „To błąd”.