Chciałaś zniknąć.
Dante znalazł cię w oranżerii, wpatrzoną w telefon.
„Przepraszam” – powiedział.
Podniosłaś wzrok.
„Za co?”
„Za to, że pozwoliłaś, by moje imię wciągnęło twoje w publiczną nieczystość”.
Zaśmiałaś się cicho, gorzko. „Mojego imienia tam nie ma”.
Jego twarz stwardniała. „To nie poprawia sytuacji”.
Miał rację.
To tylko pogorszyło sprawę.
Bezimienna pokojówka mogła stać się wszystkim, czego zapragnęli: uwodzicielką, manipulatorką, kłamczuchą, karierowiczką. Nic nie zrobiłaś, tylko się sparzyłaś, a obcy już wymyślali dla ciebie motywy.
Dante wyjął telefon.
„Co robisz?”
„Kończę z tym.”
Strach cię przeszył. „Nie.”
Zatrzymał się.
„Jeśli będziesz wszystkim grozić, będą gadać więcej” – powiedziałaś. „Powiedzą, że to ja cię do tego zmusiłam.”
Opuścił rękę.
Przełknęłaś ślinę. „Pozwól mi mówić.”
Zmrużył oczy. „Publicznie?”
„Tak.”
„Nie.”
Uniosłaś brodę. „Pytałaś, czy chcę pomocy.”