W końcu chwyciła kopertówkę ze stołu i ruszyła w stronę drzwi. Ale zanim wyszła, zatrzymała się obok ciebie. Jej oczy płonęły nienawiścią.
„Pożałujesz, że byłeś tego powodem” – wyszeptała.
Nic nie powiedziałeś.
Dawno temu nauczyłeś się, że cisza może być tarczą, gdy mowa sprowadza tylko więcej bólu.
Ale Dante ją usłyszał.
„Vivienne.”
Zamarła.
Nie podniósł głosu. „Jeśli Clara Bennett będzie czegoś żałować po dzisiejszym wieczorze, to nie z twojego powodu. Obiecuję”.
Vivienne wyszła.
Drzwi wejściowe zamknęły się kilka minut później z głośnym hukiem, który zdawał się rozchodzić po całej posiadłości.
Nikt się nie poruszył.
Pierścionek wciąż leżał na stole.
Herbata wciąż rozlewała się po wypolerowanej podłodze.
W ramieniu wciąż piekło.
A Dante Marcellus, człowiek, którego bali się sędziowie, biznesmeni, politycy i przestępcy, stał na środku jadalni, patrząc na porzucony pierścionek, jakby oskarżał go o coś.
Dr Vale z wprawą i troską zakończył opatrywanie twojego ramienia. „Punkty drugiego stopnia. Bolesne, ale do zniesienia. Powinna odpoczywać, dbać o higienę i unikać pracy przez kilka dni”.
Szybko podniosłaś wzrok. „Mogę pracować”.
Lekarz zmarszczył brwi. „Panna Bennett…”
„Mogę pracować” – powtórzyłaś, bo panika miała swój język, a twój zawsze brzmiał jak posłuszeństwo.
Dante odwrócił się do ciebie. „Nie”.
Jedno słowo.
Ostateczne.
Żołądek ci ścisnął. „Proszę pana, potrzebuję tej pracy”