Zostałeś wyprowadzony z jadalni, ale gdy tylko dotarłeś do korytarza, twoje kolana zmiękły. Kucharka, pani Bellamy, złapała cię za łokieć.
„Spokojnie, dziewczyno” – wyszeptała. „Spokojnie”.
Oparłaś się o ścianę, oddychając z bólu.
Za tobą, w jadalni, Dante nie usiadł.
Stał długo po twoim wyjściu, wpatrując się w…
Dzwonek.
Później ludzie mówili, że to była noc, kiedy Dante Marcellus zakończył zaręczyny.
Ale to nieprawda.
To była noc, kiedy coś w nim zaczęło się kończyć.
Następnego ranka posiadłość wydawała się inna.
Nie spokojna.
Żaden dom zbudowany na strachu nie staje się spokojny z dnia na dzień.
Ale inna.
Ludzie mówili ciszej, nie dlatego, że bali się kary, ale dlatego, że czuli, że zasady się zmieniły i nikt jeszcze nie wiedział, jak się w nich poruszać.
Obudziłaś się w swoim małym pokoju pod skrzydłem wschodnim, z ręką owiniętą czystymi bandażami i tacą ze śniadaniem przy łóżku. Były też świeże kwiaty. Nie drogie róże, takie jak Vivienne. Małe białe stokrotki w szklanym słoiku.
Wpatrywałaś się w nie przez prawie minutę.
Potem zobaczyłaś kopertę.
Twoje imię było napisane na niej starannie czarnym atramentem.
Clara Bennett.
W środku była notatka.
Zostałaś ranna w moim domu. To moja odpowiedzialność. Nie musisz przyjmować ode mnie osobistej pomocy. Dr Vale zorganizował leczenie twojego oparzenia z konta spadkowego jako urazu odniesionego w miejscu pracy. Twoje wynagrodzenie będzie nadal wypłacane. Twoja pozycja jest bezpieczna. Twój brat nie będzie kontaktowany, chyba że o to poprosisz. —D.M.
Przeczytałeś to trzy razy.
Twój brat nie będzie kontaktowany, chyba że o to poprosisz.
Zgoda.
Jeszcze raz.