Wściekłość byłaby łatwiejsza do zrozumienia.
To było rozpoznanie.
Spojrzał na Vivienne, jakby nie widział już tylko kobiety, z którą zgodził się poślubić, ale każdą umowę, jaką kiedykolwiek zawarł z ciemnością. Każdą wymówkę. Każdy raz, kiedy władza została użyta, bo mogła. Każdy raz, kiedy strach został pomylony z szacunkiem.
„Wyjdź” – powiedział.
Vivienne gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę. „Słucham?”
„Wyjdź z mojego domu”.
Jej twarz zbladła. „Dante”.
„Zaręczyny się skończyły”.
„Nie mówisz tego serio”.
„Nigdy nie miałem niczego bardziej oczywistego na myśli”.
Jej oczy błysnęły paniką. „Nie możesz mnie porzucić dla służącej”.
Dante podszedł bliżej, nie gwałtownie, nie dramatycznie. Nie potrzebował dramatu. Sala wyczuwała niebezpieczeństwo po ciszy, która go otaczała.
„Wciąż myślisz, że chodzi o rangę” – powiedział. „Dlatego nigdy nie zrozumiesz, dlaczego przegrałaś”.
Vivienne odwróciła się do jednego z jego ludzi przy drzwiach. „Powiedz mu, że przesadza”.
Mężczyzna się nie poruszył.
Nikt się nie poruszył.
Dante Marcellus przemówił, a w tym domu jego słowo było prawem. Vivienne lubiła to prawo, kiedy wierzyła, że czyni ją nietykalną. Teraz zrozumiała, że stanie u boku władzy to nie to samo, co jej posiadanie.
Jej duma pękła, zanim zdążyła odzyskać spokój.
„Myślisz, że ktokolwiek uwierzy, że zostawiłaś mnie z powodów moralnych?” – wyszeptała.
ered. „Ty? Dante Marcellusie? Miasto nazywa cię potworem.”
Spojrzał na nią spokojnie. „Więc dziś wieczorem potwór czegoś się od ciebie nauczył.”
Słowa wylądowały brutalnie.
Usta Vivienne zadrżały.
Dante zwrócił się do stewarda. „Kaz spakować rzeczy panny Cross. Jej kierowca może je odebrać przy bramie. Nie wolno jej więcej wchodzić na tę posesję.”
Vivienne patrzyła na niego, jakby czekała, aż złagodnieje.
Nie zrobił tego.