Pokój wchłonął to zdanie.
Jeden z młodszych lokajów spuścił wzrok, ale nie na tyle szybko, by ukryć szok na twarzy. Kucharka stała przy drzwiach dla służby, zasłaniając usta dłonią. Nikt nigdy nie słyszał, żeby Dante Marcellus poprawiał kogoś w obronie służby. Nikt nigdy nie przypuszczał, że to zrobi.
Vivienne rozejrzała się, zdając sobie sprawę, że służba patrzyła na nią teraz nie ze strachem, ale z czymś gorszym.
Świadek.
„Upokarzasz mnie w ich obecności” – syknęła.
Wyraz twarzy Dantego stwardniał. „Upokorzyłeś sam siebie”.
Potem spojrzał na swojego lekarza, starszego mężczyznę o nazwisku dr Vale, który siedział cicho na drugim końcu stołu. „Zajmij się jej ramieniem”.
Doktor Vale natychmiast wstał i podszedł do ciebie.
Cofnęłaś się instynktownie.
Dante to dostrzegł.
Nic mu nie umykało. Tak właśnie mówiono o nim. Dostrzegał słabości, kłamstwa, strach, długi, zdradę. Ale dziś wieczorem, po raz pierwszy, zastanawiałaś się, czy on również zaczął dostrzegać szkody.
„Jesteś bezpieczna” – powiedział.
O mało się nie roześmiałaś.
Bezpieczna.
W jadalni Dantego Marcellusa, otoczona mężczyznami noszącymi broń pod szytymi na miarę marynarkami i kobietami, które uśmiechały się jak noże, słowo to brzmiało niemożliwie.
Ale doktor Vale podszedł delikatnie. „Panno Bennett, czy mogę zobaczyć pani ramię?”
Czy mogę?
Nikt nie pytał o pozwolenie, zanim cię dotknął w tym domu.
Skinęłaś głową.
Ból nasilił się, gdy odsunął mokry rękaw od twojej skóry. Przygryzłaś wargę tak mocno, że poczułaś smak krwi. Palący, czerwony, rozchodził się po przedramieniu, gdzie herbata przesiąkła przez materiał.
Dante drgnął szczęką.
Vivienne odwróciła wzrok, raczej zirytowana niż żałosna.
Wtedy coś w jego twarzy całkowicie się zmieniło.
To nie była wściekłość.