Dwa słowa.
Nowe życie.
W hotelu w Madrycie idziesz na kolację.
Nie do pokoju.
Nie na smutną kanapkę przy zlewie.
Na prawdziwą kolację w małej restauracji z ciepłym oświetleniem i stolikami przy oknie. Zamawiasz wino, owoce morza i deser. Nie sprawdzasz, czy ktoś patrzy. Nie zastanawiasz się, co pomyślałby Ricardo.
Siedzisz sama i nie czujesz się opuszczona.
W ten sposób wiesz, że się goisz.
Miesiące później wpadasz na Ricardo na lotnisku w Meksyku.
Oczywiście, że tam tak się dzieje.
Lotniska uwielbiają niedokończone historie.
Przechodzisz przez terminal z torbą podróżną, gdy widzisz go przy stoisku z kawą. Wygląda na starszego. Nadal przystojny, w wyćwiczony sposób, ale blasku już nie ma. Jego garnitur jest elegancki, nie nowy. Jego wzrok odnajduje cię, zanim zdążysz się odwrócić.
Na sekundę stary strach błyśnie.
Potem znika.
Podchodzi ostrożnie.
„Elena.”
„Ricardo”.
Patrzy na twój mundur, twoją gołą dłoń, twoją niewzruszoną twarz.
„Wyglądasz dobrze” – mówi.
„Ja mam się dobrze”.
Odpowiedź zdaje się go boleć.
Dobrze.