Ale jest za późno.
Lot dopiero się rozpoczął, a kłamstwo już traci sens.
Dwie godziny później światła w kabinie przygasają.
Większość pasażerów zasypia. Ricardo nie. Naciska przycisk połączenia trzy razy w ciągu dwudziestu minut, za każdym razem prosząc o coś bezsensownego.
Woda.
Kolejna serwetka.
Inna poduszka.
W końcu, kiedy pochylasz się ku niemu, żeby położyć poduszkę na jego podłokietniku, chwyta cię za nadgarstek.
Nie na tyle mocno, żeby zranić.
Na tyle mocno, żeby przypomnieć ci o prywatnym człowieku pod publicznym mężem.
Patrzysz na jego palce.
A potem na jego twarz.
„Puść” – mówisz.
„Eleno, proszę. Musimy porozmawiać”.