Położyłam dłoń na brzuchu, zanim jeszcze otarłam twarz.
To była najważniejsza rzecz.
Przed przemoczoną sukienką.
Przed zimnem, które zesztywniało mi w ramionach.
Przed śmiechem.
Moje maleństwo znów się poruszyło, jakby i ono próbowało zrozumieć ten brutalny szok – lodowata woda, złocona jadalnia, przenikliwe oczy obserwujące, jak się łamię. Przycisnęłam dłoń do brzucha, aż poczułam, że ruch trochę ucichł.
Naprzeciwko mnie Diane Delorme wciąż się uśmiechała.
Stała przy długim stole ustawionym pod antycznymi żyrandolami ich kamienicy w Neuilly-sur-Seine, wciąż trzymając w dłoni wiaderko z lodem, z perłami nieskazitelnie ozdobionymi wokół szyi, z nienaruszoną szminką, z okrucieństwem perfekcyjnie ukrytym pod wyrafinowaną maską. Adrien też się śmiał, z jedną ręką nonszalancko opartą o krzesło Mathilde, jakby oglądał mały teatrzyk salonowy. Mathilde z kolei uniosła kieliszek do ust z pogardliwym dystansem kobiet, które mylą elegancję z nietykalnością.
W pokoju unosił się zapach jagnięcej nogi, czerwonego wina, wosku ze świec o zapachu cytrusów i antycznego srebra.