Po prostu ten cichy, zgarbiony płacz, kiedy ciało nie potrafi już odróżnić ulgi od żalu. Czysta woda spływała mi po stopach. Jedną ręką przycisnęłam kafelkową ścianę i pozwoliłam, by szloch zalał mnie niczym burza. Za Adriena. Za kobietę, którą byłam, kiedy za niego wyszłam. Za miesiące spędzone na znoszeniu upokorzeń, bo ciąża sprawiła, że wszystko stało się bardziej strategiczne. Za to dziecko, które zasługiwało na mniej okrutny początek. Za to, że nawet sprawiedliwość, kiedy jest konieczna, zawsze ma swoją cenę dla tego, kto ją wymierza.
Kiedy było po wszystkim, wyprostowałam się.
W lustrze zobaczyłam twarz, którą rozpoznałam, choć nie do końca ją poznałam. Włosy zaczesane do tyłu, oczy czerwone, ale czyste, brzuch zaokrąglony pod szlafrokiem, skóra blada od zimna, ale już zregenerowana z dalekiej odległości. Nie złamana. Zdecydowanie nie. Właśnie skończyłam z myślą, że zmniejszanie się może być formą ochrony.
Spałam cztery godziny.
O 6:15 następnego ranka Arthur pojawił się osobiście.
Zastał mnie w kuchni domu w Grenelle, jedzącą tosty, bo pielęgniarka nalegała, a nawet miliarderzy-założyciele firm miewają mdłości, gdy są w ciąży i wpadają we wściekłość. Położył skórzaną koszulę na stole, zdjął płaszcz i spojrzał na mnie wzrokiem, który był czymś pomiędzy profesjonalnym zaniepokojeniem a zmęczonym podziwem.
„Wyglądasz groźnie” – powiedział.
„Postanowiłem to potraktować jako komplement”.
„Tak jest”.
Otworzyłem teczkę.
W środku: streszczenia.