„Czekaj”.
Głos Diane się załamał.
„Cassandre, nie waż się”.
Mathilde, niemal absurdalnie, wyrzuciła z siebie:
„To szaleństwo”.
Artur zamilkł. Miał ten niezwykły talent: wiedział, że najniebezpieczniejsze słowa to te, które pozostają echem po ich wypowiedzeniu.
Rozłączyłam się.
Henri ruszył pierwszy.
Okrążył stół z szybkością, która straciła wszelką elegancję. Mężczyzna, który ledwo na mnie spojrzał podczas mojego ślubu, nagle stał się pełen napięcia, wyrachowania, samozachowawczy w swoich włoskich butach. Adrien poszedł za nim. Diane również, z mniejszą gracją. W ciągu kilku sekund rodzina, która przez lata próbowała mnie pomniejszyć, znalazła się przede mną w półkolu, ani do końca nie klęcząc, ani nie stojąc w bezruchu.
Potem Adrien uklęknął na podłodze.
Nie spodziewałam się tego.
Mathilde też nie, sądząc po tym, jak gwałtownie wciągnęła powietrze. Diane wydawała się przerażona. Henri, wściekły, że jego syn go wyprzedził. Materiał spodni Adriena dotykał wciąż wilgotnego perskiego dywanu. Spojrzał na mnie, nie z miłością ani nawet z autentycznym żalem, lecz z przytomną paniką człowieka, który nagle widzi, jak całe jego odbicie rozpada się w pył.