„Cassandre” – powiedział drżącym głosem – „mówię ci…”
Módl się. Nie rób tego.
No i dobrze.
Obraz. Prawdziwy. Nie metaforyczny. Nie literacki.
Dziesięć minut wcześniej śmiali się, że dobroczynność w końcu mnie oczyściła.
Teraz syn Delorme klęczał przede mną.
Spojrzałam na niego.
Ten mężczyzna kiedyś zwierzył się wspólnemu znajomemu, że miałam szczęście, że wyszłam za niego, pomimo mojego „pochodzenia”. Ten mężczyzna powiedział, że moja ciąża przyszła w najgorszym możliwym momencie dla jego kariery. Pozwolił swojej kochance upokorzyć mnie prosto w twarz. Siedział, podczas gdy jego matka beształa mnie przy swoim stole. A teraz jego ręka lekko drżała, jakby chciał dotknąć mojego nadgarstka, ale się nie odważył.
Cofnęłam się o krok.
Wzdrygnął się, jakbym właśnie go uderzyła.
Mathilde w końcu odzyskała głos.
„Adrien, wstawaj”.