„To znaczy, że rozkaz pochodzi od kogoś, kto ma wyższą rangę niż cała rada nadzorcza Delorme”.
Adrien pokręcił głową.
„To niemożliwe”.
„Nie” – pomyślałem. „Po prostu nigdy ci to nie przyszło do głowy”.
Piękno władzy, kiedy wiesz, jak nią władać, polega na tym, że prawie nigdy nie trzeba jej ogłaszać. Zbudowałem Halcyon Participations właśnie na tej zasadzie. Żadnych portretów założycieli na okładkach magazynów. Żadnych wywiadów. Żadnych kultów jednostki. Publicznie Halcyon był wielowarstwową spółką holdingową inwestycyjno-operacyjną, z notorycznie dyskretnym zarządzaniem i niemal kliniczną zdolnością do przejmowania firm borykających się z problemami bez podnoszenia głosu. Prywatnie założyciel zachował absolutną władzę na mocy siedmiu uśpionych protokołów.
Tylko cztery osoby znały wszystkie siedem.
Arthur. Mój dyrektor finansowy. Mój szef bezpieczeństwa. I ja.
Diane znów się roześmiała, zbyt głośno.
„To niedorzeczne. Cassandre niczego nie posiada”.
W końcu na nią spojrzałem.
„Naprawdę?”
Zrobiła krok w moją stronę.
„Nie baw się ze mną w moim własnym domu”.
Ironia była tak gęsta, że niemal namacalna.
Powoli odsunęłam krzesło, na którym mnie posadzili, położyłam wilgotną serwetkę na obrusie i pozwoliłam, by mój wzrok błądził po pokoju. Portrety. Kryształ. Zasłony uszyte na zamówienie. Kredens zamówiony u włoskiego stolarza. Połowa tego, co zobaczyłam, przeszła, bezpośrednio lub pośrednio, przez łańcuch potwierdzenia, który przywrócił mi świadomość, ponieważ Delorme’owie od lat żyli na dźwigni, którą mylili ze swoją.
Uśmiechnęłam się.
To nie był miły uśmiech.