„Nie teraz”.
Nadia natychmiast zniknęła.
Zauważyłem to.
Bo gdy upokorzenie przestaje oślepiać, szczegóły znów stają się narzędziami. A jeśli okrucieństwo czasem daje przewagę, to właśnie taką: daje ci listę nazwisk.
Henri wstał po raz drugi, wolniej.
„Cassandre” – powiedział niemal bez cienia udawania – „czego chcesz?”.
Adrien odwrócił się do niego.
„Tato!”
Ale Henri był mądrzejszy od syna. Wiedział, że już nie jesteśmy oburzeni. Używamy terminów.
Mógłbym go wręcz podziwiać.
Zamiast tego uważałem to za pasożytnictwo. Tacy mężczyźni jak on zawsze mylą negocjacje z moralnością. Uważają, że pytanie o to, ile trzeba, by powstrzymać ból, jest wyrazem skruchy. Nie. To tylko znaczy, że ból w końcu do nich dotarł.
„Czego chcę?” powtórzyłam.
Moje dziecko tym razem poruszyło się mocniej.
Moja ręka instynktownie wróciła do brzucha. Adrien to zobaczył. Coś przemknęło mu przez oczy. Coś skomplikowanego i bezsensownego. Pomimo wszystkiego, czym był, jakaś jego pierwotna część wciąż była związana z tym życiem. Po prostu nigdy nie szanował kobiety, która je nosiła, na tyle, by ten instynkt przerodził się w przyzwoitość.
„Chcę odejść” – powiedziałam. „Najpierw”.
Adrien zrobił krok.
„Cass…”
„Nie nazywaj mnie tak”.
Zatrzymał się w miejscu.
Mathilde skrzyżowała ramiona, już agresywnie, bo strach czyni powierzchowne kobiety jeszcze bardziej okrutnymi, zanim uczyni je inteligentnymi.
„To kompletne szaleństwo. Nie można niszczyć ludzi tylko dlatego, że ktoś zranił twoje uczucia”.
Odwróciłam głowę w jej stronę.