Żart zawisł w powietrzu przez sekundę.
Potem znowu się roześmiali.
Nie ja.
Wsunęłam palce do kieszeni ciążowego swetra i zamknęłam telefon. Materiał przykleił się do skóry. Składane krzesło zaskrzypiało lekko pod moim ciężarem. I tutaj upokorzenie zostało starannie zaaranżowane. Przy stole mogło usiąść dwanaście osób w tapicerowanych fotelach. Siedziałam na dodatkowym krześle, takim, jakie zazwyczaj zarezerwowane jest dla cateringu lub techników, wystarczająco blisko stołu, by obelga zabrzmiała cywilizowanie.
Czekali na moje łzy.
Czekali na Kasandrę, o której mówili od miesięcy. Kruchą byłą żonę. Niestabilna kobieta w ciąży. Darmozjad, któremu „uprzejmie pomogli” po rozwodzie. Diane uwielbiała to określenie. Pomogła. Jakbym była zepsutym przedmiotem, który tolerowali w kącie, dopóki nie pobrudzę delikatnych tkanin.
Zamiast płakać, odblokowałam telefon.
„Do kogo dzwonisz?” zapytała Mathilde, mieszając wino. „Pomoc psychologiczna?”
„Uważaj” – odpowiedziała lekko Diane. „Jeśli zacznie płakać naprawdę, będziemy musieli znowu zagrać kartą współczucia”.
Adrien odchylił się na krześle.
„Cassandro, nie rób z tego wielkiej sprawy”.
O mało nie miałam ochoty się uśmiechnąć.
Było coś głęboko wzruszającego w tym, jak słabi ludzie zawsze błagają o uniknięcie dramatu, zaraz po tym, jak sami zapalili zapałkę. Nigdy nie pragną spokoju. Po prostu chcą, żeby ich okrucieństwo pozostało bezkarne.
Nacisnęłam imię Arthura.
Odebrał po drugim sygnale.
„Cassandra?”
Jego głos natychmiast się zmienił.
Arthur Delatour zajmował się moimi sprawami prawnymi od sześciu lat. Słyszał mnie wściekłą, wyczerpaną, lodowatą, strategiczną, a czasem nawet zabawną. Słyszał też, choć raz, tak zdruzgotaną po pogrzebie ojca, że nie mogłam wypowiedzieć pełnego zdania bez utraty tchu. Ale głosu, którym mówiłam tamtego wieczoru, prawie nigdy nie słyszał. Był bardziej płaski niż gniew. I o wiele bardziej niebezpieczny.
„Arthur” – powiedziałam. – „Aktywuj Protokół Siódmy”.
Zamilkł.
Nie dlatego, że nie rozumiał.
Bo rozumiał doskonale.