„Zgadza się. Jesteś bezpieczna?”
Delikatność pytania zaskoczyła mnie.
Artur nie był łagodnym człowiekiem. Był na tyle kompetentny, by zdenerwować prokuratorów, i na tyle spokojny, by podpisać ekonomiczny wyrok śmierci, zamawiając herbatę. Ale krążył wokół mnie wystarczająco długo, by znać różnicę między zemstą a triażem. Wiedział, że dziś wieczorem nie chodzi o dumę. To był próg.
„Tak” – powiedziałem. „Jestem przemoczony, wściekły, wyczerpany, ale tak”.
„Bardzo dobrze”. Kazałem wysłać zespół medyczny do mieszkania przy Avenue.
Ulica Montaigne.
„Nie idę tam”.
Cisza.
„Dobrze. W takim razie dom przy Rue de Grenelle”.
O mało się nie uśmiechnęłam. Arthur zawsze miał kilka gotowych kryjówek, bo powyżej pewnego poziomu zamożności paranoja przestaje być zaburzeniem, a staje się infrastrukturą.
„To Grenelle”.
Kiedy przyjechałam, czekały na mnie dwie kobiety.
Jedna była prywatną pielęgniarką, kobietą o praktycznych rękach i oczach, która widzi wszystko, nikogo nie upokarzając. Druga była, o ile dobrze pamiętam, stylistką, którą poznałam mgliście na spotkaniu inwestorskim dwa lata wcześniej. Pielęgniarka zmierzyła mi ciśnienie, sprawdziła ruchy dziecka, moją temperaturę, poziom stresu i udawała, że nie zauważa, że mój makijaż rozmazał się jak farba wojenna. Stylistka z kolei nie zadała ani jednego pytania. Po prostu podała mi szlafrok, suche skarpetki i parującą filiżankę herbaty, gdy tylko pielęgniarka dała zielone światło.
Kiedy gorąca woda z prysznica w końcu dotknęła mojej skóry głowy, poddałam się.
Nie głośno. Nie dramatycznie.