Elise nigdy nie widziała świata.
Ale znała jego okrucieństwo lepiej niż ci, którzy twierdzili, że widzą wszystko.
Urodziła się niewidoma w paryskiej rodzinie, która czciła wygląd jak religię. W ich kamienicy w 16. dzielnicy o pięknie mówiono jak o dziedzictwie, o wyróżnieniu jak o obowiązku, a o wstydzie jak o chorobie, którą należy ukrywać.
Jej dwie siostry, Camille i Solène, podziwiano za jasne oczy, nienaganne suknie i starannie wystudiowane uśmiechy dla gości.
Elise natomiast była milczeniem za zamkniętymi drzwiami.
Wada.
Sekret.
Ciężar, którego jej ojciec nigdy nie umiał kochać.
Jej matka zmarła, gdy miała pięć lat. Wcześniej Elise pamiętała jedynie cichy głos, zapach lawendy i ciepłe dłonie prowadzące ją przez tłoczone strony jej pierwszych książek.
Po pogrzebie jej ojciec się zmienił.
A może jej matka była po prostu ostatnią barierą między Élise a prawdziwą naturą tego mężczyzny.
Gérard Delorme stał się zimny.
Zgorzkniały.
Okrutny, ale nie musiał krzyczeć.
Prawie nigdy nie zwracał się do niej po imieniu.
Mówił:
„Ta rzecz”.
Podczas przyjęć obiadowych Élise musiała siedzieć w swoim pokoju.
Kiedy wspólnicy przychodzili pić szampana do salonu, musiała chodzić boso, żeby nie hałasować.
Kiedy jej siostry przymierzały sukienki przed lustrem, drzwi zamykały się, zanim zdążyła usłyszeć ich śmiech.
Jej ojciec mówił, że przynosi pecha.
Że niewidoma dziewczyna w takiej rodzinie jak ich to plama na nazwisku Delorme.
Élise bardzo wcześnie nauczyła się cicho oddychać.
Nie prosić.