Elise pomyślała, że się przesłyszała.
„Słucham?”
„Opowieści. Książki. Bajki. Powieści.”
Zacisnęła dłoń na kubku.
„Nikt mnie o to nie pyta.”
„Więc ja zapytam ciebie.”
Milczała.
Kontynuował, nie zmuszając się.
„Jakie masz marzenia?”
Elise poczuła łzę spływającą po policzku.
„Nie wiem.”
„Nieważne. Możemy zacząć od czegoś prostszego”.
W jego głosie pojawił się lekki uśmiech.
„Jakie danie wywołuje uśmiech na twojej twarzy?”
Nie odpowiedziała od razu.
Potem, bardzo cicho:
„Szarlotka. Ta z dużą ilością cynamonu”.
Następnego ranka próbował ją upiec.
Trochę piekła.
Przeprosił trzy razy.
Eliza zaśmiała się po raz pierwszy od dawna.
Dni zamieniły się w tygodnie.
Każdego ranka Adrien zabierał ją na spacer wzdłuż Loary. Opisywał wszystko tak, jakby każdy szczegół zasługiwał na zachowanie.
„Dzisiaj niebo jest blade, niemal srebrzyste. Topole kołyszą się powoli. Przy brzegu zacumowana jest czerwona łódź”. A starsza kobieta karmiła kaczki chlebem, którego, jak twierdziła, im nie kupiła.
Eliza się uśmiechnęła.
Nauczyła się drogi z domu do studni, na mały targ i do piekarni Madame Perrin.
Rozpoznawała kroki Adriena, zanim jeszcze otworzył drzwi.
Powoli, gdy był zmęczony.
Lżej, gdy przynosił jej niespodziankę.
Czasami śpiewał, naprawiając krzesło albo rąbiąc drewno. Stare francuskie piosenki, trochę fałszywie, ale z delikatnością, która wszystko wybaczała.