Nie płakać za głośno.
Nie mieć nadziei.
Potem, gdy miała dwadzieścia jeden lat, pewnego ranka ojciec wszedł do jej małego pokoju bez pukania.
Elise siedziała przy oknie. Nie widziała światła, ale czuła jego ciepło na dłoniach. Jej palce powoli kreśliły linijki brajla w starej francuskiej powieści, którą zostawiła jej matka.
Coś spadło jej na kolana.
Materiał.
Szorstki.
Zimny.
„Jutro wychodzisz za mąż” – powiedział Gérard beznamiętnym głosem.
Palce Elise przestały się poruszać.
„Ja… ja wychodzę za mąż?”
Ścisnęło ją w gardle.
„Z kim?”
Ojciec zaśmiał się krótko i sucho.
„Z mężczyzną, którego spotkałem przed kościołem Saint-Sulpice. Włóczęgą. Biedakiem, który śpi w pobliżu schodów, gdy pada deszcz”.
Elise poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
„Ojcze…”
„Nie nazywaj mnie tak”.
Cisza stała się ostrzejsza niż policzek, którego jej nie wymierzył.
„Jesteś ślepa” – kontynuował. „On nic nie ma. To idealna para”.
Chciała zaprotestować.
Spytać dlaczego.
Powiedzieć, że jest człowiekiem.
Że ma serce.
Że nie jest przedmiotem, który można rzucić w ramiona pierwszej lepszej osoby.
Ale strach, stary i wierny, ścisnął jej gardło, aż stłumił głos.
Następnego dnia ślub odbył się szybko.
Nie w okazałym kościele, w którym jej siostry marzyły o ślubie, z białymi kwiatami, skrzypcami i fotografami.
Nie.