I może to bolało najbardziej.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, na zewnątrz rozległ się głuchy odgłos.
A potem kolejny.
Kroki.
Kilka.
Adrien wyprostował się gwałtownie.
Eliza wyczuła niebezpieczeństwo, zanim się odezwał.
„Znaleźli mnie.”
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Weszli mężczyźni.
Drewno uderzyło o ścianę.
Eliza cofnęła się, wyciągając rękę w powietrze.
„Adrien Valmont” – powiedział zimny głos. „Twój ojciec na ciebie czeka.”
Adrien natychmiast stanął przed nią.
„Ona nie ma z tym nic wspólnego.”
Mężczyzna zaśmiał się krótko.
„Teraz ma.”
Wszystko się zmieniło.
Eliza nigdy nie widziała przemocy.
Ale słyszała to w najczystszej postaci.
Przewrócone krzesła.
Uderzenia.
Oddech Adriena.
Ciało rzucone na stół.
Jęk bólu.
Czuła, jak całe pomieszczenie staje się pułapką.
Ale pośród tej ciemności wiedziała tak dobrze…
Coś w niej zawsze drgnęło.
Nie widziała.
Ale słyszała.
Lepiej niż oni.
Ciężki krok w prawo.
Ślizgająca się podeszwa przy kominku.