Oczy ją bolały.
Wszystko było zamazane.
Za jasne.
Za rozległe.
Ale szła naprzód.
Po raz pierwszy nie podążała tylko za dźwiękami.
Widziała wystarczająco dużo, by dostrzec złocone linie ram, odbicia na marmurze, głębokość schodów.
A na drugim końcu salonu zobaczyła jego.
Adriena.
Przywiązanego do krzesła.
Miał naznaczoną twarz.
Usta miał rozcięte.
Ale żywego.
Kiedy na nią spojrzał, zamarł.
„Elise…?”
Głos jej się załamał.
Ruszała naprzód.
Każdy krok był odpowiedzią na wszystkie lata, przez które nakazano jej pozostawać w ukryciu.
Charles Valmont odwrócił się.
„Co ona tu robi?”
Elise spojrzała w jego stronę.
Nie mogła do końca dostrzec jego twarzy.
Ale nie musiała już widzieć go wyraźnie, by wiedzieć, kim jest.
„Przyszłam po mojego męża”.
Mężczyzna wystąpił naprzód, by ją zatrzymać.
Drzwi do salonu otworzyły się z hukiem.
„Policja!”