Élise nie szukała zemsty.
Już jej nie potrzebowała.
Jej wolność była zimniejsza niż jakakolwiek kara.
Nigdy nie wróciła, by zamieszkać w domu ojca.
Nie prosiła o przeprosiny.
Niektóre rany nie goją się, ponieważ ci, którzy je zadali, płaczą.
Goją się, ponieważ w końcu przestajemy do nich należeć.
Pewnego wiosennego poranka Adrien zabrał ją do Normandii.
Do Étretat.
Wiatr pachniał solą.
Mewy krzyczały nad klifami.
Morze falowało w miękkim, potężnym, dźwięcznym świetle.
Élise stała obok niego, z szalikiem na szyi, a jej oczy wciąż były wrażliwe za przyciemnianymi okularami.
Nie widziała wszystkiego idealnie.
Kontury czasami pozostawały niewyraźne.
Kolory zlewały się ze sobą.
Ale widziała wystarczająco dużo.
Biel klifów.
Przesuwający się błękit morza.
Dłoń Adriena przy jej dłoni.
Zapytał cicho:
„No i co? Jest tak, jak sobie wyobrażałaś?”
Eliza się uśmiechnęła.
Łzy napłynęły jej do oczu.
„Jest piękniej”.
Odwróciła twarz w jego stronę.