lampką nocną, która już nie działała.
Mathieu cierpliwie przyjmował każdy z nich.
„Sprawdzę to” – mówił.
I przeważnie naprawiał różne rzeczy.
To był jego sposób na życie.
Naprawiał po cichu.
Może dlatego, że nigdy nie udało mu się w pełni wyleczyć własnej nogi.
Może dlatego, że wiedział, jak to jest być uważanym za uszkodzonego.
Na początku nie wiedziałam, na czym stoję.
Pomagałam Madeleine w zakupach na targu.
Kupiłyśmy pory,
chleb,
ser,
jabłka.
Znała wszystkich sprzedawców.
Sprzedawca serów nazywał ją „Madame Garnier”.
Piekarz czasami zostawiał jej dobrze upieczoną bagietkę.
Pewnego ranka, gdy piekłyśmy tartę jabłkową w kuchni, Madeleine patrzyła na mnie w milczeniu.
Potem powiedziała:
„Mathieu zawsze był cichym chłopcem. Może nawet zbyt cichym”.
Nie odpowiedziałam.
Kontynuowała powolne obieranie jabłka.
„Po jego wypadku wiele się zmieniło”. Przyjaciele odeszli. Dziewczyny też. Ludzie są mili, kiedy mówią o nieszczęściu, ale szybko męczą się kruchością innych.
Spuściłam wzrok.
„Nie wiedziałam”.