Jako mężczyznę, który zwalniał kroku, żebym nigdy nie czuła, że na niego czekam.
Jako mężczyznę, który słuchał mojego milczenia, nie próbując go za wszelką cenę wypełnić.
Pewnej niedzieli poszliśmy razem na targ.
Było zimno, ale słońce po kilku dniach deszczu oświetlało fasady domów.
Mathieu niósł w jednej ręce torbę z warzywami, a pod pachą bagietkę.
Kulawił trochę bardziej niż zwykle, ale nie dawał tego po sobie poznać.
Zatrzymała nas kobieta z sąsiedztwa.
„No i co, nowożeńcy, jak się macie?”
O mało nie odpowiedziałam z grzeczności.
Ale Mathieu spojrzał na mnie z cichą czułością.
I po raz pierwszy uśmiechnęłam się bez wymuszonego uśmiechu.
„Tak” – powiedziałam. „Nic mi nie jest”.
Tego wieczoru siedzieliśmy na małym dziedzińcu, pod sznurem lampek, które Mathieu sam naprawił.
Niebo nad dachami robiło się różowe.
Madeleine już spała.
Z kuchni unosił się zapach gorącej zupy.
Mathieu naprawiał stare radio.
Obserwowałam go przez długi czas.
— Mathieu?
— Tak?
— Czy żałowałaś kiedyś, że mnie poślubiłaś?
Odłożył śrubokręt.
— Nie.
— Nawet na początku?