Może była taka, która potrafiła czekać bez upokarzania, kochać bez posiadania, dawać bez żądania.
Długo nie spałem.
Mathieu spokojnie oddychał na podłodze.
Na zewnątrz deszcz wciąż padał na rynny.
I po raz pierwszy od bardzo dawna poczułem, jak moje serce zaczyna się uspokajać.
CZĘŚĆ 2
Deszcz padał całą noc.
Szła do Montreuil z tym szarym, zdecydowanym duchem listopadowych wieczorów, myjąc chodniki, latarnie, zmęczone fasady i opadłe liście oblepiające rynny.
Prawie w ogóle nie spałem.
Leżąc w łóżku z otwartymi oczami w ciemności, wsłuchiwałem się w miarowy oddech Mathieu na podłodze.
Nie podszedł.
Nie nalegał.
Nawet nie dotknął mojej dłoni.
Po prostu położył się na podłodze, jakby chciał mi udowodnić, że mój strach ma prawo istnieć.
I to poruszyło mnie bardziej niż jakikolwiek namiętny gest.
Przez lata myślałam, że znam mężczyzn.
Znałam tych, którzy mówili o miłości przy pierwszej kolacji, a potem znikali, gdy tylko nadchodził czas, by zostać.
Znałam tych, którzy obsypywali mnie komplementami, ale sprawiali, że czułam się mała, gdy tylko okazywałam choćby cień słabości.
Znałam tych, którzy obiecywali mi wspólne życie, jednocześnie trzymając inną kobietę na drugim planie w telefonie.
A teraz mężczyzna, którego poślubiłam ze zmęczenia, był jedynym, który o nic mnie nie prosił.
Odwróciłam się w stronę krawędzi łóżka.
„Mathieu…” – mruknęłam.
Odpowiedział niemal natychmiast.
„Tak?”
„Nie śpisz?”
„Nie.”
Zapadła krótka cisza.
„Nie musiałeś spać na podłodze” – powiedziałam.
Zaśmiał się cicho.
„W porządku. Spałem gorzej niż na podłodze.”
„Ale to nasza noc poślubna…”