„Dokładnie” – odpowiedział spokojnie. „Nie chcę, żebyś zapamiętała tę noc jako czas, kiedy czułaś się uwięziona”.
Jego słowa dziwnie na mnie wpłynęły.
Po raz pierwszy od dawna ktoś pomyślał o tym, co ja czuję, zanim pomyślał o tym, czego chce.
Nic nie powiedziałam.
Potem kontynuował, ciszej:
„Claire… jeśli jutro chcesz, żebyśmy powiedzieli wszystkim, że to była pomyłka, to powiemy”.
Lekko się podniosłam.
„Co?”
„Możemy wystąpić o unieważnienie małżeństwa. Albo o szybki rozwód. Nie będę miała ci tego za złe”.
„A ty?”
„Nie będę”.
Poza tym, nie będę narzekać.
Jego głos był spokojny.
Ale pod tą spokojną powierzchownością wyczuwałam dawny ból.
Ból, który nauczył się znosić, nawet z uszkodzoną nogą.
„Mathieu… dlaczego się zgodziłeś?”
„Zgodziłeś się na co?”
„Żeby poślubić mnie, wiedząc, że cię nie kocham.”
Zapadła długa cisza.
Potem usłyszałam szelest jego koca.
„Bo czasami kochanie kogoś oznacza akceptację tego, co może dać, nawet jeśli to niewiele.”
„Nawet jeśli to prawie nic?”
„Nawet jeśli to prawie nic.”
Gulę uniosłam w gardle.
Nie płakałam.
Ale coś we mnie pękło tej nocy.
Nie złamane.