„On też nie chce, żeby ktokolwiek wiedział”.
Madeleine uśmiechnęła się smutno.
„Ale odkąd tu jesteś, stoi trochę bardziej wyprostowany”.
Te słowa utkwiły mi w pamięci cały dzień.
Tego wieczoru, podczas kolacji, spojrzałam na Mathieu inaczej.
Siedział naprzeciwko mnie i kroił chleb.
Światło małej lampy padało na jego spokojną twarz.
Miał drobne zmarszczki w kącikach oczu, ręce spracowane pracą i tę niemal antyczną skromność w każdym geście.
Nie był mężczyzną, którego sobie wyobrażałam.
Ale był.
Każdego dnia.
Cicho.
Bezwarunkowo.
Mijały tygodnie.
Spaliśmy w tym samym łóżku, ale on zawsze trzymał się na dystans.
Na początku ta mała przestrzeń przynosiła ulgę.
A potem, stopniowo, zaczęła mnie niepokoić.
Nie rozumiałam, co czuję.
Kiedy wstał wcześnie, żebym nie zmarzła w kuchni, serce mi zamarło.
Kiedy wrócił z targu z moimi ulubionymi jogurtami, o które nawet nie prosiłam, milczałam zbyt długo.
Kiedy zaproponował mi swój płaszcz, bo zapomniałam mojego, chciałam go zapytać, dlaczego jest dla mnie taki miły.
Ale nie zapytałam.
Bo bałam się odpowiedzi.