„Tak?”
Przełknęłam ślinę.
„Chyba nie chcę już tej przestrzeni między nami”.
Spojrzał na mnie bez ruchu.
Jakby bał się, że źle usłyszał.
„Jesteś pewna?”
Skinęłam głową.
„Tak”.
Podszedł powoli.
Z nieskończoną ostrożnością.
Jakby trzymał w dłoniach coś kruchego, na co czekał całe życie.
I po raz pierwszy od naszego ślubu Mathieu wziął mnie w ramiona.
To nie był pospieszny gest.
To nie było zwycięstwo.
To nie był koniec oczekiwania, za które chciał, żebym zapłaciła.
To był ciepły, głęboki, cichy uścisk.
Oparłam głowę o jego klatkę piersiową.