Łzy za wszystkie lata, kiedy goniłam za mężczyznami, którzy ledwo na mnie patrzyli, nie widząc tego, który kochał mnie na tyle, by zostać bez proszenia o nic.
Na zewnątrz wiatr delikatnie poruszał gałęziami krzewu róży przed domem.
Miasto spało.
Rynny już nie śpiewały.
Deszcz ustał.
A ja, czterdziestolatka, w tym małym domku w Montreuil, w ramionach mężczyzny, którego myślałam, że wydam za mąż ze zmęczenia, zrozumiałam, że moje życie nie skończyło się.
Dopiero się zaczęło.