Nie płakałam.
Byłam po prostu zmęczona.
Nasz ślub był prosty.
Nie było majestatycznej białej sukni,
nie było wystawnego przyjęcia w zamku,
nie było skrzypka,
ani ekstrawaganckiego bukietu.
Pobraliśmy się w ratuszu w szarą listopadową sobotę, w małym pokoju o kremowych ścianach, gdzie oficjalny portret prezydenta zdawał się patrzeć na nas bez emocji.
Miałam na sobie jasnoniebieską sukienkę, którą kupiłam na wyprzedaży w Galeries Lafayette.
Mathieu miał na sobie ciemny garnitur, trochę za szeroki w ramionach, prawdopodobnie ten, który rezerwował na pogrzeby i ceremonie.
Kiedy wychodziliśmy, sąsiedzi obrzucili nas ryżem.
Moja matka płakała cicho.
Madeleine, matka Mathieu, trzymała mnie za ramię z niemal nieśmiałą czułością.
„Dziękuję, moja droga” – wyszeptała do mnie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Po ceremonii w ratuszu zjedliśmy wspólny posiłek w małej sali parafialnej w sąsiedztwie.
Były domowe quiche,