gratin dauphinois przygotowany przez moją ciocię,
pieczony kurczak,
sałatki mieszane,
tarty jabłkowe,
ser ułożony na plastikowych tackach,
i kilka butelek czerwonego wina przyniesionych przez sąsiadów.
Ludzie cicho się śmiali, jakby bali się narobić za dużo hałasu na weselu, które wyglądało bardziej na rozwiązanie niż na uroczystość.
Mathieu z kolei patrzył na mnie z niemal bolesną czułością.
Nie dotykał mnie, chyba że mnie o to poproszono.
Nie mówił wiele.
Uśmiechał się tylko, gdy nasze spojrzenia się spotykały, jakby dostał prezent, na który nie zasługiwał.
A ja po prostu siedziałam obok niego, z nową obrączką na palcu i dziwnym uczuciem pustki w piersi.
Tego samego wieczoru wróciliśmy do jego małego domku.
Teraz naszego domu.
Znowu zaczął padać deszcz.
Bił o cynkowe rynny jednostajnym, żałobnym, niemal hipnotycznym dźwiękiem.
Pokój był prosty.
Drewniane łóżko,
stara szafa,