Butelki wody.
Teczki poukładane kolorami.
Czarne długopisy.
Nic imponującego.
Nic teatralnego.
Właśnie to czyniło tę salę niebezpieczną.
W rodzinach takich jak moja katastrofy nie zawsze zaczynają się od krzyku.
Czasami zaczynają się od tekturowej teczki położonej przed notariuszem.
Adrien przybył pierwszy ze swoim prawnikiem, Maître Renaud, szczupłym mężczyzną o surowej twarzy.
Potem weszła Élodie w ciemnych okularach, mimo że na ulicy nie było wystarczająco dużo światła słonecznego, by uzasadnić noszenie maski.
Moja mama przyszła ostatnia.
Miała na sobie beżowy kostium na specjalne okazje.
Ten na chrzciny, pogrzeby i eleganckie kłamstwa.
Już się ich spodziewałem.
Obok mnie stała Claire Besançon, moja prawniczka z Lyonu.
Spotkałem ją trzy tygodnie wcześniej.
Nigdy nie odzywała się bez potrzeby.
Od razu mi się to spodobało.
Maître Vautrin rozpoczął sesję z absolutną powściągliwością.
„Zebraliśmy się tutaj, aby zbadać ważność dokumentów przedstawionych w związku z ewentualnym przeniesieniem udziałów w SCI des Figuiers i aktywów związanych ze spółką Rivière & Fils”.
Adrien splótł dłonie.
„Myślę, że to spotkanie może być krótkie. Pani Rivière, matka, wyraziła zgodę. Élodie również”. Camille jest po prostu przytłoczona trudną sytuacją osobistą.
Claire spojrzała na niego.
„Unikajmy improwizowanych diagnoz, jeśli pan pozwoli”.
Adrien ledwo się uśmiechnął.
„Oczywiście”.
Moja mama patrzyła na stół.