Uśmiechnęła się smutno.
„Że zawsze miałaś tatę. Że miałaś dom, pewność siebie, pieniądze, powagę. Że ja też w końcu mogę mieć coś, czego nie ominiesz”.
To zdanie mimo wszystko mnie zabolało.
Bo zawierało w sobie przewrotną prawdę.
Tata mi ufał.
Ale ojcowskie zaufanie, gdy wiąże się z długami, obowiązkami i nieprzespanymi nocami, nie jest darem, jaki sobie wyobrażają inni.
„Mogłaś ze mną porozmawiać” – powiedziałam.
Élodie spuściła głowę.
„Powinnam była.”
„Mogłaś odmówić upokorzenia siostry przy stole.”
Zamknęła oczy.
„Tak.”
Długo na nią patrzyłam.
Żałowałam, że nie mogłam zaproponować jej wyroku, który uratowałby nas obie.
Nie miałam go.
„Nie chcę już płacić za twoje błędy, Élodie.”
Skinęła głową.
„Wiem.”
„Będziesz musiała spłacić to, co otrzymałaś od SCI, bez uzasadnienia.”
Jej oczy napełniły się łzami.
„Nie mam tych pieniędzy.”
„W takim razie ustalimy z prawnikiem plan spłaty. Prawidłowo. Na piśmie.”
Zaśmiała się cicho, bez radości.
„Na piśmie. Oczywiście.”
„To właśnie oszczędziłoby nam tyle nieszczęść.”
Nie odpowiedziała.
Zanim wyszła, położyła dłoń na framudze drzwi.
„Myślisz, że kiedyś znów będziemy siostrami?”
Spojrzałam na gabinet taty.
Szafy na dokumenty ustawione w rzędzie.
Blade światło na parkiecie.
Ślady wszystkiego, czego nie lubiłyśmy.
„Nie wiem” – powiedziałam. „Ale jeśli tak się stanie, to nie kosztem mojego zniknięcia”.
Zgodziła się z tym.
Potem odeszła.