Powoli odwróciłam głowę w jej stronę.
„O czym, mamo? O ślubie mojej siostry z moim narzeczonym? A może o sprzedaży domu taty?”
Monique Rivière zacisnęła usta.
Miała siedemdziesiąt pięć lat, nienaganną fryzurę, elegancję byłej mieszczanki z Aix-en-Provence i ten bardzo schludny, bardzo chłodny francuski sposób mylenia godności z milczeniem.
„Nie przy wszystkich” – wyszeptała.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż oświadczenie Adriena.
Nie przy wszystkich.
Przez trzydzieści lat moja matka powtarzała te słowa jak modlitwę.
Nie przy sąsiadach.
Nie przy kuzynach.
Nie przy klientach.
Nie przy notabli z Aix.
Nie przy tych, którzy mogli wiedzieć, że rodzina Rivière, za swoimi niebieskimi okiennicami, nagradzaną oliwą z oliwek i obiadami pod platanami, dawno przestała być solidna.
Nazywam się Camille Rivière.
Miałam wtedy czterdzieści siedem lat.
Nie byłam bohaterką.
Nie byłam też kruchą kobietą, którą można by wyprosić z pokoju, mówiąc, że jej ból jest utrapieniem.
Przez osiemnaście lat podtrzymywałam to, co inni wciąż nazywali „naszym rodzinnym dziedzictwem”.
Po pierwsze, była La Bastide des Figuiers.
Duży XVIII-wieczny dom położony dwadzieścia minut od Aix-en-Provence, otoczony drzewami oliwnymi, cyprysami i murami z suchego kamienia. Był piękny, owszem. Ale piękno, kiedy nikt nie płaci za dachy, podatki od nieruchomości, spadki, ubezpieczenia, naprawy i rachunki za wodę, bardzo szybko staje się ciężarem.
Potem była mała rodzinna firma Rivière & Fils, która produkowała oliwę z oliwek i dżemy sprzedawane w kilku delikatesach w Prowansji i Paryżu.
Mój ojciec, Jean Rivière, cierpliwie to budował.
Moja matka przygotowywała obiady.
Élodie wywoływała uśmiechy.